poniedziałek, 9 maja 2016

Przygody Czerwonego Kapturka w multisleeperze

Właśnie urodził się Czerwony Kapturek. Jest malutki, jeszcze nie rzuca się przez sen, ale potrzebuje ciepła. Został więc zapakowany w ciepły śpiworek:



Śpiworek może być na dole napowany, może dostać troczki do wiązania, może być pozostawiony w takiej postaci. Każdy Rodzic Kapturka może mieć własny pomysł.

Czerwone Kapturki mają to do siebie, że rosną. Śpiworek rośnie wraz z Kapturkiem i nieco zmienia swoją postać:


W tej wersji śpiworek może dostać swoje przedłużenie czyli płaską poduszeczkę, którą można - np.troczkami - przywiązać do śpiworka tak, żeby znalazła się wprost pod głową Kapturka. Może też nie mieć poduszeczki wcale.

Kiedy Kapturek wyrośnie z wersji drugiej, śpiworek może przyjąć swoją ostateczną postać czyli kocyk. Po prostu. Kocyk ma wtedy długość metra, a szerokość 75 cm.


Kocyk jest tak skonstruowany, żeby suwak nie dotykał buzi Czerwonego Kapturka.

Multisleeper rośnie z dzieckiem kilka lat.
I jak?

PS.Uwielbiam urządzenia wielofunkcyjne :)


czwartek, 21 kwietnia 2016

omnia mea mecum porto - rzecz o sakwie

Dziecko, gdy idzie na dwór (przynajmniej moje dziecko), bierze nie tylko rzeczy użyteczne na dworze, hulajnogę, rower, piłkę, ale też brazylion rzeczy dziwnych i na moje rodzicielskie oko kompletnie zbędnych, na przykład chomika na baterie albo zeszyt w różowej okładce. Ponieważ zgadzamy się z Molierem w kwestii Grzegorza Dyndały, dziecko dźwiga samo swoje skarby (porzuca, gubi, wraca i tak dalej). Nie należy mu ułatwiać, oczywiście, ale utrudniać za bardzo też nie i tak oto powstała rowerowa sakiewka. Sakiewka może być też hulajnogowa, ale co do hulajnogi mam inne plany, bo dla niej łatwiej przygotować coś większego. Z rowerem już nie jest lekko, jutro zrobię zdjęcia sakwy w akcji i sami zobaczycie, dlaczego nie jest.
Sakiewka przyczepiana jest na rzepy, dwa na górze, przy kierownicy, i jeden do główki ramy, żeby sakwa nie fruwała przy każdym gwałtowniejszym ruchu.
Na razie zdjęcia na sucho:







Na rowerze:


środa, 20 kwietnia 2016

Kosz wielki i potężny

Kosz na zabawki, kocyki i inne potrzebne i niepotrzebne rzeczy okazał się być większy, niż moje wyobrażenia - ma 50 cm wysokości i 50 cm średnicy. Wprowadziłam zamknięcie na sznurek, żeby ułatwić transport i nie rzucać zabawkami po całym domu - w końcu po to jest kosz, żeby zabawki były w jednym miejscu ;)
Jest miękki, można prać, ideał :)




środa, 6 kwietnia 2016

Łucznik 466 i szał

Mój szał, oczywiście.
Łucznik 466 po przeglądzie, podkręceniu i konserwacji, jest maszyną nie do zdarcia. Z przyjemnością odstawiłabym Juki, która jest, powiedzmy, niezła, ale siłą łucznikowi do pięt nie dorasta, ale mam problem ze stopkami.
Teoretycznie istnieje przejściówka, która pozwala na mocowanie w maszynach Łucznika starego typu stopek zatrzaskowych matic (BTW taka przejściówka jest elementem obecnym w chyba każdej maszynie do szycia, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy). Stopek mam od diabła i trochę, i chciałabym ich używać również w starej maszynie. Ucieszyłam się z istnienia przejściówki, super, kupujemy, droga nie jest.
Najpierw okazało się, że jest za wąska. Ma przekrój łódki, żeby ją nałożyć na dynks do mocowania, i ten przekrój okazał się za mały. Rozbijanie i rozwiercanie trochę pomogło, założyliśmy, jedziemy.
Nie pojechaliśmy. Przejściówka okazała się być za nisko zawieszona; owszem, ma tę samą wysokość, co mocowanie stopek starego typu, tylko otwór na wkręcenie śruby ma wyżej. Powoduje to, że stopki są za nisko, nie da się szyć grubszej warstwy materiału ani porządnie opuścić stopki.

Czy jest tu ktoś, kto próbował używać przejściówki do łucznika 466 (czy innego starego typu) i ma jakieś doświadczenie? Czy to ja z moją maszyną jesteśmy niekompatybilne z przejściówką, czy producent przejściówki miał chwilowe zaćmienie umysłu? Czy może są przejściówki wysokie, ale z otworem umieszczonym na właściwej wysokości?
Heeeeeeeeeeeeeeeeellllllll (pppp)!!!!

niedziela, 3 kwietnia 2016

Czysto użytkowo - fartuszek i organizer

Ostatnio okazały się dwie rzeczy:
-że Ulka nie ma fartuszka;
-że szycie okładek i organizerów jest doskonałym wyjściem, doskonalszym, niż kolekcjonowanie plastikowych okładek.

I teraz, uwaga:
-Ulka ma już fartuszek


-a organizer wygląda tak:






'Elo ziom' został już wypełniony tajnym szyfrem. Gdybym nie wiedziała, że to tajny szyfr, pomyślałabym, że to EKG.


A, jeszcze coś mi się przypomniało - STOPKA mi się przypomniała.
Mam sporo różnych stopek, niektórych używam częściej, niektóre rzadziej, a innych wcale. W kategorii 'wcale' mieści się na przykład stopka overlockowa, której jako żywo nie potrzebuję, bo mam overlocka. Znajdowała się również stopka do rolowania brzegu. Nie polubiłyśmy się, przeczytałam bowiem gdzieś, że najlepiej się nadaje do cienkich czy wręcz cieniutkich materiałów. Cieniutkie materiały z kolei nie polubiły się ze stopką, a ja nie polubiłam całego tego ustrojstwa, które się ślizgało, rolowało nie tak, jak trzeba, i w rezultacie dawało efekt rozpaczliwy. Kiedy szyłam Urszulce fartuszek, postanowiłam dać stopce do rolowania jedną, jedyniutką szansę, z lenistwa, inaczej musiałabym podwijać falbankę ręcznie albo przeszyć podłożenie zwykłą stopką, co da się, oczywiście, zrobić, ale trochę to trwa i nie zawsze wychodzi równo. Okazało się, że z płótnem bawełnianym czyli zwykłą pościelówą stopka współpracuje wyśmienicie. WY-ŚMIE-NI-CIE! Zawija jak złoto, równiutko, elegancko, aż przyjemnie popatrzeć; z kategorii 'wcale' przechodzi do kategorii 'częściej'.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Koncepcyjnie

Ostatnio sporo czasu poświęcam pracy koncepcyjnej, dokonałam bowiem przerażającego odkrycia. Naprawdę PRZERAŻAJĄCEGO.
Otóż pracując koncepcyjnie (co dla postronnego obserwatora musi wyglądać nie bardzo pracująco: siedzi taka, pogryza ołówek, gapi się w monitor i siorbie kawę) odkryłam, że szyjąc dla dzieci, w tym swojego, jestem jednocześnie upiornie niechlujna w zarządzaniu garderobą potomkini. Moja szafa jest nieco bardziej chlujna, bo rzeczy w niej niewiele, ale mniej więcej do siebie przystają. Szafa potomkini (plus dwie komody) jest pełna, komody też są pełne, a potomkini nosi kilka rzeczy na krzyż. Większość rzeczy zalegających to rzeczy, których nie nosi - bo nie pasują, nie podobają się, mają jakiś szczegół, którego potomkini nie trawi, na przykład rękawy 3/4 albo spodnie 7/8 - jedno i drugie stara się doprowadzić do pełnej jedynki. Wiem, że dziecko musi się wykolorowić, wypstrokacić i wykiczyć, ale ten etap powoli mija. Potomkini zaczyna mieć gusta i preferencje, krzywi się na bluzki przypominające góry od piżamy, nadruki, jeśli już, muszą być bardzo konkretne. Do wyksiężniczkowania wystarcza jej suknia balowa a la Elsa. Do przedszkola spodnie, najchętniej dżinsy. Długi rękaw, owszem, bluzka też nie do pępka. Sukienka może być, ale raczej prosta.
Dorosła garderoba rządzi się, a przynajmniej powinna, moim zdaniem, się rządzić jednym zasadniczym prawem, które kiedyś przeczytałam i najzupełniej się zgadzam - otóż nie kupujemy nowej rzeczy, jeśli nie pasuje ona do przynajmniej dwóch już posiadanych (a jeśli takową mamy, to oddajemy albo sprzedajemy). Druga rzecz - rozmaici blogerzy i blogerki, znawcy i jeszcze-lepiej-się-znający-znawcy zachęcają do skompletowania sobie garderoby podstawowej, czegoś, co w kolekcjach określa się mianem 'basic' - i z tym też się zgadzam.
I tak zgadzając się zajrzałam do szaf i komód potomkini. Spojrzenie na świeżo, z zachowanymi w pamięci dwiema powyższymi zasadami, zaowocowało poczuciem przeniesienia się na Wielki Bazar. Albo chociaż na bazar Różyckiego. W szafach jest wszystko - szwarc, mydło i powidło, w kolorach dowolnych, z pstrokatymi nadrukami, paski, kropki, kwiatki. Wszystko. O ile to 'wszystko' w przypadku dwulatka ma sens o tyle, że taki dwulatek ma w zadku zgranie tego, co ma na grzbiecie, pod kątem koloru czy wzoru, a poza tym trzeba go przebierać pięć razy dziennie, o tyle w przypadku dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym trzeba zacząć nad tym powoli panować. Nie, nie chodzi o natychmiastowe wywalenie wszystkich koszulek z Peppą albo różowych brokatowych spodni. Chodzi o to, żeby garderoba dziecka (im starsze, tym bardziej) stawała się coraz bardziej przemyślana. Żeby, kolokwialnie rzecz nazywając, trzymała się kupy. Żeby, oprócz Peppy i brokatu, było w niej kilka żelaznych punktów, rzeczy, które wzajem do siebie pasują i w teamie nie wywołują dreszczy. Żeby to były rzeczy ponadczasowe. Ot, biały T-shirt (potomkini może nosić białe koszulki bez większej szkody dla koszulek, ale to od niedawna, wcześniej na bluzkach był cały jadłospis, więc nie ryzykowałam), ale nie koszulka gimnastyczna, nie luźne, wystrzępione coś, tylko biała, porządnie wykończona koszulka, tak z krótkim, jak i z długim rękawem. Konia z rzędem temu, kto widział takie coś w garderobie dziewczynki w wieku szkolnym. A jest to rzecz wysoce przydatna, jak się okazuje, tu jakaś okazja, tam uroczystość (mniejszego kalibru, niż ślub, ale wypada założyć coś powyżej koszulki ze Spidermanem), a dziecko jeszcze do ładnych, porządnych koszul nie dorosło (i producenci też nie). Albo prosta spódniczka, granatowa na przykład. Albo gładka, bezpieczna sukienka (do obłędnie pstrokatego swetra na przykład).
Potomkini czegoś takiego nie posiada, a coraz bardziej odczuwamy tego brak. Jak już pisałam, nie postuluję pozbycia się wszystkiego, co kolorowe, i czerpania pełnymi garściami z garderoby amiszów, ale myślę o dziecięcej linii basic - niewielu rzeczach, ale takich, które są bezpieczne, które ratują nasz i dziecka zadek w razie konieczności ubrania się w coś konkretniejszego, niż to, co pod rękę wpadnie. I niekoniecznie dres i dresówka odmieniane przez wszystkie przypadki, tkaniny również.
No i tak się podzieliłam koncepcją, na razie macham ołówkiem i się zastanawiam, potem przyjdzie czas na konkret, potem zobaczymy, jak ten konkret się sprawdza, a potem - się zobaczy :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pomocnik Świętego Mikołaja

Tak, zobowiązałam się pomóc. Nie tylko w przekazaniu listów (żelazny punkt - żelusie), ale i w opakowaniu prezentów. Z niejadalnymi Święty poradzi sobie sam, dla ułatwienia kupiłam mu elegancki papier, ale słodycze dostaną osobny koszyczek.





Jak widać, koszyczek powoli się zapełnia.
Dno koszyka delikatesowego ma ok.25 cm średnicy, wysokość 18 cm, uszy - nie wiem, kroiłam na oko, ozdobne pseudoguziki przykleiłam za pomocą mojej ulubionej zabawki czyli pistoletu z klejem na gorąco. Przykleiłam sobie też bluzkę do spodni, bo pseudoguzik wyrwał mi się z ręki i rzucił do ucieczki, klejem do przodu.
Koszyk usztywniłam gąbką tapicerską, pomysł z piekła rodem, jesli chodzi o realizację, natomiast jeśli chodzi o funkcjonalność - wręcz przeciwnie.


Zastanawiam się, czy nie dorzucić kabanosów i słoika kiszonych ogórków. Pojęcie 'delikates', jeśli chodzi o moją córkę, mieści w sobie nie tylko lizaćki i titaćki, ale też dużo kiełbasy i 'kisione'.