piątek, 31 sierpnia 2012

O overlocku - głównie tym z Lidla

Smutno mi.
Po długich (dziewięciomiesięcznych prawie) trudach i cierpieniach nieodwzajemnionej miłości overlock Silvercrest wyjechał na zabieg (słuszniej byłoby to nazwać reanimacją) do Niemiec.
Wiem skądinąd, że nie tylko mój związek z tą maszynerią był trudny.
Co nam uniemożliwiało współpracę? Otóż parametry naprężenia nici w poszczególnych ściegach podane w instrukcji nijak miały się do stanu faktycznego. Ustawienie naprężenia zgodnie z tabelką skutkowało ściegiem, którego nie łyknąłby nawet kompletny laik, taki jak ja na przykład: luzy, pętelki, koszmar. Ustawiłam sobie jeden ścieg, którym posługiwałam się długi czas, po czym uznałam, że czas na zmianę. Jak zaczęłam zmieniać, tak szybko tego pożałowałam. Manipulowanie pokrętłami dawało efekt, owszem, zapisywałam sobie ustawienia, po czym gdy chciałam do nich wrócić zmieniając ścieg, okazywało się, że to, co mam zapisane, mogę sobie, excuses le mot, wsadzić, bo aktualnie obowiązują inne parametry - miałam wrażenie, że każda próba ustawienia ściegu powoduje coraz większe problemy, błędne koło.
Do tego - ale to już mogła być moja wina, nie maszyny - szycie po łukach było masakrą. Miałam w ręku i widziałam na zdjęciach rzeczy szyte innym overem, wszystkie łuki obszyte równiutko, elegancko, a ten mój - horror, tu ucinał, tam nie łapał, w rezultacie wyglądało to jak psu z paszczy wyciągnięte.
Tak być nie może, bo nie po to mam overlocka, żeby dostawać nad nim szału zamiast szyć, więc dzisiaj odwieźliśmy dziada do Lidla.
Mam stosik pięknych dzianin. Zwykła maszyna nie da temu rady, bo nawet jeśli używam igły do dzianin i korzystam z podpowiedzi La-Pe, w materiale robią się dziury i wszystko się pruje. Chciałam poszyć prefoldy - niby można obrobić zwykłym zygzakiem, ale to jednak nie to samo. Chciałam obszyć dziecko celem żłobka, bo nie ma nic lepszego dla rozbrykanej dwuipółlatki, niż miękkie, dość luźne ciuszki. Chciałam uszyć piżamę temu mężu, bo ostatnie spodnie się były podarły i wylądowały w mrokach niepamięci, a konkretnie w śmietniku za domkiem wczasowym. Bez overlocka czuję się jak bez ręki i właściwie nie mam co robić :/
W Lidlu pani wyliczyła nam, że na załatwienie sprawy jest czas około miesiąca. OK, mogę poczekać, ale jak to się skończy? Autorka tego bloga (BTW piękne, naprawdę piękne rzeczy szyje, a do tego świetne stylizacje) oddała swojego overa do naprawy, ale nie potrafię znaleźć informacji, jak się ta historia skończyła, czy mam mieć nadzieję, czy raczej zacząć zbierać na nową maszynę.
Niech mnie ktoś przytuli...

czwartek, 30 sierpnia 2012

Kto szybko robi, dwa razy robi czyli matematyka tworzenia

Kocyk z tego posta na finiszu został, delikatnie ujmując rzecz, popsuty moimi własnymi ręcyma. Ścieg trzymający lamówkę na swoim miejscu szedł jak pijany i aż przykro było na to patrzeć.
Więc:
-odprułam szew, nazwijmy go wierzchnim (lamówkę przyszywałam na dwa razy - pierwsze to było mocowanie do bazy kocyka, prawą do prawej, potem zawinięcie i umocowanie szytym po stronie przeciwnej szwem wierzchnim właśnie) [1 h],
-wzięłam okrutnie pomarańczową nić [1min.],
-i tą nicią przyfastrygowałam lamówkę [1 h],
-żeby potem przyszyć ją ponownie szwem wierzchnim do kocyka [20 min.],
-i wyciągnąć okrutnie pomarańczową nić [40 min.].
Wniosek z tego, że gdybym od razu wzięła się porządnie do roboty, zaoszczędziłabym godzinę spędzoną na pruciu poprzedniego szwu plus godzinę spędzoną na pracowitym i w cholerę niedokładnym przyszywaniu tegoż szwu.
Wniosek z wniosku - nie da się iść na skróty.
Obecnie kocyk wygląda tak:


Może nie widać tego dobrze, ale zaręczam - szew jest równy, może nie superrówny, ale na pewno wygląda lepiej, niż w wersji poprzedniej.

BTW kiedyś, będąc osobą mocno nieletnią, uznałam, że nie należy się przemęczać tam, gdzie można sobie uprościć robotę. Szyłam podówczas coś dla lalki, poduszkę czy kosmetyczkę - nie pamiętam, ale stoi mi w oczach niewielki prostokąt, tak 10x20 cm. Oszczędność czasu i przestrzeni wyglądała bardzo prosto - wbiłam igłę na początku materiału, z lewej strony, wyciągnęłam, po czym wbiłam drugi raz z przeciwpołożnej, przy brzegu prawym. W życiu nie byłam tak zdziwiona, jak wtedy, kiedy okazało się, że przyszła kosmetyczka czy poduszka nie chce stanowić całości mimo tak wspaniałego i racjonalnego pomysłu na szycie. Nie próbowałam stosować tego sposobu, ale, jak widać, skłonność do chodzenia na skróty pozostała...


niedziela, 26 sierpnia 2012

3,14-eluszka

Jakoś nie jest to dla mnie wdzięczny obiekt do eksperymentów, do szycia i do czegokolwiek. Co jedna, to głupsze błędy: nagminne mylenie rzepów, strony lewej z prawą, przodu z tyłem, nap męskich z żeńskimi - katalog naprawdę obfituje w szereg durnot, jakie udało mi się popełnić właśnie przy pieluszkach.
Teraz też nie mogło być inaczej - pomysł wziął się z szytych wcześniej majtek i spodenek, potem zobaczyłam gDiapers i po raz kolejny doznałam przykrego uczucia, że ktoś już wpadł na MÓJ pomysł, zrealizował go i nawet zaczął sprzedawać (konia z rzędem temu, kto nigdy tego nie doświadczył - ach, och, genialna rzecz, a potem grzebiesz, twórco, w sieci i okazuje się, że nie tylko ty jesteś taki łebski). GDiapers są śliczne i nigdy nie będę w stanie choćby się do tego ideału zbliżyć, zresztą chyba nie zamierzam, bo jakoś mi się nie widzi zapinanie pieluszki z tyłu, szczególnie w przypadku noworodka.
Ad rem - chciałam zobaczyć, jak wyjdzie taka pieluszka ze ściągaczem w pasie, i zobaczyłam. Oczywiście nie obyło się bez problemów: tym razem w roli głównej wystąpiły rzepy, które najpierw pomyliłam (i dziwiłam się okrutnie, czemu ten przód taki sztywny i niewdzięczny), a potem przyszyłam tak sobie (tutaj akurat winę ponosi w dużej mierze maszyneria, która jest cudowna, ale przy gęstym ściegu na początku nie chce czy też nie potrafi, nie wiem, przesuwać się do przodu i trzeba jej trochę pomóc).
Efekt taki oto - formowanka ze ściągaczem, z wierzchu welur bawełniany, od środka dzianina bawełniana, w środku flanela bawełniana z całkiem niebawełnianą mikrofibrą.
Proszsz...!



Jednak muszę przyznać, że jest to dla mnie doskonałe ćwiczenie, bo widzę błędy i widzę sposób ich naprawy czy raczej sposób na niepopełnienie ich po raz kolejny.
Tylko co z tego, jeśli potrafię stary błąd zastąpić natychmiast nowiutkim, świeżym i wkurzającym bardziej, niż poprzedni....?

sobota, 25 sierpnia 2012

Miał być prezent...

...a wyszło jak zwykle.
W zasadzie nie do końca, jestem dla siebie ciut niesprawiedliwa, bo mogło być znacznie gorzej.
Wymyśliłam, że dam koleżance prezent - kocyk i piżamkę dla dziecka. Pomysł doskonały był, ale tylko do momentu obszywania dziadostwa (kocyka znaczy) lamówką ze ściągacza. Nie mam pojęcia, co zrobiłam źle, pewnie to samo, co zawsze, czyli niedokładnie coś zmierzyłam. Prułam cholerę trzy razy, lamówkę mam na myśli, a i tak nie jest tak, jak chciałam.
Muszę to przemyśleć i uknuć jakiś sposób na nią, żeby wyszło równo.
Efekt jest taki, o:



Z jednej strony welur, z drugiej bawełna, nadzionko z ociepliny, lamówka ze ściągacza, krzesełko (widać fragment) z IKEA, a dziecko z krwi i kości.
A, widać metkę - jednak człowiek jest jakoś czuły na rzeczy 'firmowe' :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Lato, echże ty...


Pora na podsumowanie i przejście do następnego etapu :)
Otóż najwyraźniej za mało się przyłożyłam do szycia i lato nie było skore do pozostania dłużej. Pierwszy tydzień wakacji był - no, może nie tropikalny, ale bardzo ciepły, jezioro też ciepłe, więc dziecko wdzięcznie paradowało w swoich hawajskich gaciach z falbanką. Tydzień drugi natomiast wypiął się na nas pogodowo i stosowne byłyby raczej norweskie swetry, a nie hawajskie dizajny.
Czując za plecami jesień, a przed oczyma mając wizję powrotu dziecka do żłobka postanowiłam przeprowadzić się szyciowo z ciepłych mórz i oceanów do Oslo czy wręcz Ojmiakonu i nabyłam grubą i nieco mniej grubą bawełnę na spodnie dresowe. Kupiłam też cienką bawełnę na alladyny, ale w Ojmiakonie chyba nie będą potrzebne. Poza tym dziecko rośnie skokowo (niedawno uszyta europiżamka dziwnie się skróciła i dziecko kręci gołym brzuchem, a spodenki świetnie się nadają na polowanie na pijawki), więc trafienie z rozmiarem z góry skazane jest na niepowodzenie.
Mam więc cały wór dzianin i tkanin, starych i nowych, a przed sobą bajeczną jesień pod znakiem igły :)