czwartek, 30 sierpnia 2012

Kto szybko robi, dwa razy robi czyli matematyka tworzenia

Kocyk z tego posta na finiszu został, delikatnie ujmując rzecz, popsuty moimi własnymi ręcyma. Ścieg trzymający lamówkę na swoim miejscu szedł jak pijany i aż przykro było na to patrzeć.
Więc:
-odprułam szew, nazwijmy go wierzchnim (lamówkę przyszywałam na dwa razy - pierwsze to było mocowanie do bazy kocyka, prawą do prawej, potem zawinięcie i umocowanie szytym po stronie przeciwnej szwem wierzchnim właśnie) [1 h],
-wzięłam okrutnie pomarańczową nić [1min.],
-i tą nicią przyfastrygowałam lamówkę [1 h],
-żeby potem przyszyć ją ponownie szwem wierzchnim do kocyka [20 min.],
-i wyciągnąć okrutnie pomarańczową nić [40 min.].
Wniosek z tego, że gdybym od razu wzięła się porządnie do roboty, zaoszczędziłabym godzinę spędzoną na pruciu poprzedniego szwu plus godzinę spędzoną na pracowitym i w cholerę niedokładnym przyszywaniu tegoż szwu.
Wniosek z wniosku - nie da się iść na skróty.
Obecnie kocyk wygląda tak:


Może nie widać tego dobrze, ale zaręczam - szew jest równy, może nie superrówny, ale na pewno wygląda lepiej, niż w wersji poprzedniej.

BTW kiedyś, będąc osobą mocno nieletnią, uznałam, że nie należy się przemęczać tam, gdzie można sobie uprościć robotę. Szyłam podówczas coś dla lalki, poduszkę czy kosmetyczkę - nie pamiętam, ale stoi mi w oczach niewielki prostokąt, tak 10x20 cm. Oszczędność czasu i przestrzeni wyglądała bardzo prosto - wbiłam igłę na początku materiału, z lewej strony, wyciągnęłam, po czym wbiłam drugi raz z przeciwpołożnej, przy brzegu prawym. W życiu nie byłam tak zdziwiona, jak wtedy, kiedy okazało się, że przyszła kosmetyczka czy poduszka nie chce stanowić całości mimo tak wspaniałego i racjonalnego pomysłu na szycie. Nie próbowałam stosować tego sposobu, ale, jak widać, skłonność do chodzenia na skróty pozostała...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz