wtorek, 17 września 2013

Pierwsze koty za płoty (czyli maszyno-hafciarka Brother NV955 - pierwsze wrażenia)

Pierwszy kot wygląda tak:
Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu EMB Systems, maszyna, którą mam przyjemność sprawdzać, dręczyć i testować, pochodzi z tego samego sklepu (pisałam o nim kiedyś kiedyś, przy okazji overlocka Brothera).

Maszyna powyżej jest komputerowo sterowaną maszyno-hafciarką. Można ją potraktować jak zwykłą (no, powiedzmy, że zwykłą) stebnówkę, można - po doczepieniu odpowiedniego tamborka, który jest w zestawie - używać jej jako hafciarki.
Dręczenie i sprawdzanie postanowiłam podzielić na trzy etapy: wykorzystać maszynerię jako stebnówkę prostą, następnie wykorzystać i sprawdzić rozmaite bajeranckie ściegi, a na deser sprawdzić, jak się sprawuje jako hafciarka. Tym byłam ciekawsza, że wszystkie moje maszyny są mechaniczne i dość proste, od starego Łucznika 468 począwszy - nigdy nie miałam do czynienia z maszyną elektroniczną, jestem zadeklarowanym fanatykiem maszyn ciężkich, mechanicznych i prostych, więc ta mnie bardzo ciekawi.

Etap pierwszy mam już za sobą. Oczywiście przebierałam nóżkami, żeby dobrać się do nowego sprzętu, więc po uporaniu się z częścią obowiązkową (trzy pary bawełnianych portek) zabrałam się za szycie egzemplarza testowego. Ambitnie postanowiłam przypomnieć sobie, jak to było, kiedy nie miałam overlocka ani renderki, i uszyłam dziecku bluzkę używając wyłącznie Brothera - do wszystkiego.

"Gdzie pedał???!"
To pytanie wyrzuciłam z siebie, gdy zorientowałam się, że czegoś mi brakuje. Szok cywilizacyjny. Maszyna jest z tych, co mają dwie opcje odpalania szycia/haftu - albo guziczkiem, albo pedałem. Przy haftowaniu jest to oczywista oczywistość, ale przy szyciu nie potrafiłam się przemóc. Spróbuję następnym razem, przy pierwszej próbie stwierdziłam, że skupię się na bajerach maszyny, a nie na pilnowaniu, żeby odpalić/wyłączyć guziczek w odpowiednim momencie (pewnym ułatwieniem może tu być regulacja prędkości, ale z nią na razie też wolałam nie eksperymentować).

Guziczek i inne proste, a konieczne sprawy


Guziczek nie tylko włącza i wyłącza, działa też niczym sygnalizator - zielone: możesz szyć, czerwone - lepiej sprawdź, czy wszystko jest OK, na przykład czy opuściłaś stopkę, GAPO! (ta gapa to ja)
Przydatne jest też to, co coraz częściej można spotkać w różnych maszyneriach - instrukcję obrazkową do różnych podstawowych czynności. Oczywiście w którymś momencie rysuneczki są doskonale zbędne, ale przydają się na początku na pewno.

Szyjemy
Ofiarą eksperymentu stała się tunika batystowa mojego dziecka - fragmenty batystu widać na zdjęciach wyżej.
Pierwsza rzecz, którą musiałam zrobić, to wymiana igły. Wymienia się dość prosto, ale byłoby prościej i wygodniej, gdyby nie trzeba było do tego używać dodatkowych narzędzi. Wymiana stopek za to jest banalna, bo zastosowany jest system zatrzaskowy, więc trwa to dwie sekundy.
Kiedy już usiadłam do szycia, natychmiast spostrzegłam dwie rzeczy, dla mnie bardzo istotne: po pierwsze maszyna chodzi cichuteńko, naprawdę bardzo cicho, aż przyjemnie posłuchać. Po drugie nie wciąga materiału. Dla mnie - po setkach urwanych końcówek materiałów, które moje stebnówki radośnie wciągały do środka - było to epokowe odkrycie. Czy rozpoczynałam szycie milimetr przed materiałem, na początku czy kawałek dalej, bardzo blisko brzegu, niezbyt blisko - maszyna bez problemu zaczynała szyć.
Kolejna sprawa to ścieg wsteczny - można go zastosować tylko wtedy, kiedy szyjemy szwem prostym; przy szwie zygzakowym nie działa. Jest to trochę męczące, bo trzeba maszynę przełączyć na ścieg prosty, ale też można rozwiązać problem w inny sposób - odwracając materiał i szyjąc z drugiej strony.
Maszyna ma wbudowane nożyczki - pykam guziczkiem, maszyna sama obcina nitki, a ja nie muszę niczym się stresować.
Pozycjonowanie igły - niby kolejny bajer, ale bardzo pożyteczny. Można ustawić maszynę tak, że kończy szycie z igłą podniesioną lub opuszczoną, można podnosić i opuszczać igłę przyciskiem, a nie kręceniem kołem.
Tunikę batystową mojego dziecka uszyłam, jako się rzekło, calutką wyłącznie na maszynie Brothera. Przyznam, że jestem rozbestwiona overlockiem i renderką, więc na początku tempo pracy Brothera wydawało mi się ślimacze, ale po kilku minutach przyzwyczaiłam się. Brotherem zszyłam wszystkie części, obrobiłam i podłożyłam - bez większego problemu.
Efekt taki:

Tunika zapina się z tyłu na guziczek, jest prosta, cienka i wygląda całkiem nieźle :)

Reasumując - jako stebnówka Brother NV955 sprawdziła się dobrze. Trudno mi się do czegokolwiek przyczepić, podstawowe, najbardziej niezbędne funkcje działają jak należy.
Testy potrwają jeszcze jakiś czas, może moje spostrzeżenia się zmienią, może dostrzegę coś jeszcze, może nie - póki co, Brother NV955 w wersji stebnówki jest w porządku.

4 komentarze:

  1. A możesz pokazać jak wygląda gotowy już haft na ubranku?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze nie mogę - moje nici są zbyt toporne do haftu, muszę kupić te specjalnie, cieńsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę znaleźć dalszej części testu.Zastanawiam się nad jej kupnem , czy mogłabyś polecić ją w 100%? Czy może lepiej 350-kę?

      Usuń
    2. Musiałam przerwać testy, niestety - mogę tylko potwierdzić, że jest OK w tym zakresie, w którym ją testowałam.

      Usuń