piątek, 15 listopada 2013

Spodnie wcholewkowe

Chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto - to tak w dużym uproszczeniu. Spodnie wcholewkowe powstały po to, żeby uniknąć męki upychania nogawek w kozakach/oficerkach/śniegowcach/kaloszach. Wejść toto nie chce, a jak weszło, to szybko wychodzi, spodnie lądują na wierzchu, brudzą się i tak dalej.
Kukardki są nieobowiązkowe, rzecz jasna, ale cieszą oko. Przynajmniej moje.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Morelka i co z tego wynikło

Pokochawszy len dość szybko rozszerzyłam listę obiektów do kochania o farbowany len, a właściwie o farbowanie tkanin i dzianin. Pierwsze próby mam za sobą, przeprowadzone na dzianinie bawełnianej - częściowo zadowalające. Częściowo: bo z lenistwa nie mieszałam gotujących się sztuk (farbowałam ręcznie, w garze, na malutkim ogniu, co wymaga - jednak! - niemal bezustannego mieszania), podskakiwałam tylko co jakiś czas do kuchni i majtałam w garze łyżką. Sporadyczne majtanie skończyło się tym, że na bluzkach zrobiły się paskudne zacieki i dziecko zyskało dwie koszulki do spania, bo do ludzi w tym wyjść nie pozwolę.
Potem przyszła kolej na farbowanie w pralce. Można i tak, przynajmniej nie trzeba mieszać, acz utrata kilkudziesięciu litrów wody po to, żeby zmienić kolor jednej pary lnianych gaci i jednej bawełnianej dziecięcej koszulki, nie jest fajna. Fajny za to był efekt, farba khaki rozłożyła się równiutko na jednym i na drugim, tyle że len okazał się żerty i pożarł prawie całą farbę - albo bawełna okazała się mniej przystępna, można też na to spojrzeć i tak. W każdym razie koszulka z dzianiny bawełnianej jest khaką bladą, natomiast lniane portki khaką bardzo niebladą (zdjęcie porównawcze wstawię przy sprzyjających wiatrach, tzn. jak zmienię nici w overlocku i skończę portki. Spodnie farbowały się w stanie niewykończonym, ponieważ nie wiedziałam, jak gumka zareaguje na półtorej godziny wirowania w wysokiej temperaturze. Zyskałam dzięki temu jeszcze jedno doświadczenie - len niewykończony wystrzępił się niemal do zera, trzeba było przycinać i kombinować).
A teraz historia obiecanej morelki.
Zakupiłam farbkę taką oto:
Morelka wygląda słodziuchno, delikatnie, normalnie lodzio miodzio. Licząc na to, że efekt na tkaninie będzie zbliżony, uszyłam sukienkę używając białych nici i wrzuciłam do gara celem ufarbowania. Do gara wrzuciłam też próbki kontrolne - próbkę nr 1 czyli losowo dobrany kawałek tiulu (z ciekawości, czy chwyci i jaki będzie efekt) i próbkę nr 2 - kawałek białej bawełny. Mieszałam cierpliwie, w połowie gotowania dodałam soli, zakończywszy gotowanie wlałam ocet, zamieszałam i zostawiłam do ostygnięcia.
To, co widziałam w garze mieszając, już nie napawało optymizmem w kwestii słodziutkiej-delikatnej-lodzio miodzio morelki. Sukienka zrobiła się kasztanowo-brązowa. Kawałek kontrolny nr 1 pozwolę sobie pominąć milczeniem, bo z tiulu kremowego zrobiło się coś, co wyglądało jak bardzo niesmaczna zupa z zielonego groszku, natomiast kawałek nr 2 wyszedł taki:
Jeśli ktoś widzi na środku szarawe zacieki, śpieszę uspokoić - nie są to złudzenia, tylko efekt mojego niedopatrzenia.

Natomiast sukienka z lnu wyszła ciemnobrązowa. Myślałam, że czeka mnie apopleksja, a do tego okazało się, że nie idzie draństwa wypłukać. Nie idzie i już. Próbowałam ze dwadzieścia razy, za każdym razem woda robiła się - uwaga! - fioletowa (być może ma to jakieś uzasadnienie chemiczne, ale ja go nie znam). Pomogło dopiero wrzucenie do pralki celem wypłukania i odwirowania. Pralka poradziła sobie bardzo dobrze, lepiej, niż ja, i ciemnobrązowa sukienka zrobiła się taka:


Delikatna i tak dalej morelka na pewno to nie jest. Sukienka jest ryża, ryża jak Marusia z 'Czterech pancernych'. Na zdjęciu jest trochę chłodniejsza, ale obrabianie zdjęć ze słońcem, które świeci prosto w twarz i nawet w monitor, który jest ustawiony tyłem, nie jest proste.
Kolor nie jest brzydki, nie mogę tego powiedzieć, ale szyłam białą nicią oczekując delikatnej i tak dalej. Ryże nici do głowy mi nie przyszły, zresztą nawet nie mam takich. W rezultacie mam sukienkę w kolorze koafiury 'Ogonioka' i szytą białymi nićmi. I jestem trochę zła.

Podsumowanie:
-ostrożnie z wiarą w kolor na opakowaniu. Popiel wyszedł jak popiel (BTW prałam farbowaną na popiel koszulkę w pralce, kolor niewiele się zmienił i nie zaszkodził innym ubraniom), khaki jak khaki, a morelka jak Marusia. Dwa razy wyszło, raz nie wyszło - lepiej sprawdzić, zanim się wrzuci do farbowania ukochane spodnie;
-pralka po farbowaniu nie umarła, ale dla bezpieczeństwa następne w kolejności po farbowaniu były szmaty, którym urody już nic nie odejmie. Jednak perspektywa dużego zużycia wody jest zniechęcająca;
ale
-farbowanie lnu w pralce jest wygodniejsze (głównie ze względu na płukanie). Trzeba pamiętać jednak o kilku sprawach - o wsypaniu soli do pojemniczka na proszek (sól utrwala), o wlaniu octu do pojemniczka na płyn do płukania (ocet też utrwala, nie wiem, które bardziej) i o wlewaniu farby bezpośrednio do bębna;
-trzeba pamiętać też o tym, że len się niemiłosiernie strzępi. Nie-mi-ło-sier-nie. Pralka zmęczyła go tak, że wyciągnęłam prawie same nitki zamiast paska, który miał być w talii. Wniosek - należy odrysować wykrój, wyciąć CAŁY kawał materiału i go obrobić, a dopiero potem wrzucać do pralki. Krojenie i szycie lepiej zostawić na czas po farbowaniu, bo i wystrzępienia się uniknie, i wiadomo, jaki kolor wyjdzie, więc można dobrać nici do efektu, i ewentualne skurczenie się materiału pod wpływem ciepła nie zaszkodzi;
-zapomniałam o jednym - przed farbowaniem dobrze jest rzecz namoczyć w roztworze sody.

Chyba na razie odpuszczę farbowanie lnu, chyba że będę miała niedosyt mocnych przeżyć.