poniedziałek, 29 lutego 2016

Koncepcyjnie

Ostatnio sporo czasu poświęcam pracy koncepcyjnej, dokonałam bowiem przerażającego odkrycia. Naprawdę PRZERAŻAJĄCEGO.
Otóż pracując koncepcyjnie (co dla postronnego obserwatora musi wyglądać nie bardzo pracująco: siedzi taka, pogryza ołówek, gapi się w monitor i siorbie kawę) odkryłam, że szyjąc dla dzieci, w tym swojego, jestem jednocześnie upiornie niechlujna w zarządzaniu garderobą potomkini. Moja szafa jest nieco bardziej chlujna, bo rzeczy w niej niewiele, ale mniej więcej do siebie przystają. Szafa potomkini (plus dwie komody) jest pełna, komody też są pełne, a potomkini nosi kilka rzeczy na krzyż. Większość rzeczy zalegających to rzeczy, których nie nosi - bo nie pasują, nie podobają się, mają jakiś szczegół, którego potomkini nie trawi, na przykład rękawy 3/4 albo spodnie 7/8 - jedno i drugie stara się doprowadzić do pełnej jedynki. Wiem, że dziecko musi się wykolorowić, wypstrokacić i wykiczyć, ale ten etap powoli mija. Potomkini zaczyna mieć gusta i preferencje, krzywi się na bluzki przypominające góry od piżamy, nadruki, jeśli już, muszą być bardzo konkretne. Do wyksiężniczkowania wystarcza jej suknia balowa a la Elsa. Do przedszkola spodnie, najchętniej dżinsy. Długi rękaw, owszem, bluzka też nie do pępka. Sukienka może być, ale raczej prosta.
Dorosła garderoba rządzi się, a przynajmniej powinna, moim zdaniem, się rządzić jednym zasadniczym prawem, które kiedyś przeczytałam i najzupełniej się zgadzam - otóż nie kupujemy nowej rzeczy, jeśli nie pasuje ona do przynajmniej dwóch już posiadanych (a jeśli takową mamy, to oddajemy albo sprzedajemy). Druga rzecz - rozmaici blogerzy i blogerki, znawcy i jeszcze-lepiej-się-znający-znawcy zachęcają do skompletowania sobie garderoby podstawowej, czegoś, co w kolekcjach określa się mianem 'basic' - i z tym też się zgadzam.
I tak zgadzając się zajrzałam do szaf i komód potomkini. Spojrzenie na świeżo, z zachowanymi w pamięci dwiema powyższymi zasadami, zaowocowało poczuciem przeniesienia się na Wielki Bazar. Albo chociaż na bazar Różyckiego. W szafach jest wszystko - szwarc, mydło i powidło, w kolorach dowolnych, z pstrokatymi nadrukami, paski, kropki, kwiatki. Wszystko. O ile to 'wszystko' w przypadku dwulatka ma sens o tyle, że taki dwulatek ma w zadku zgranie tego, co ma na grzbiecie, pod kątem koloru czy wzoru, a poza tym trzeba go przebierać pięć razy dziennie, o tyle w przypadku dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym trzeba zacząć nad tym powoli panować. Nie, nie chodzi o natychmiastowe wywalenie wszystkich koszulek z Peppą albo różowych brokatowych spodni. Chodzi o to, żeby garderoba dziecka (im starsze, tym bardziej) stawała się coraz bardziej przemyślana. Żeby, kolokwialnie rzecz nazywając, trzymała się kupy. Żeby, oprócz Peppy i brokatu, było w niej kilka żelaznych punktów, rzeczy, które wzajem do siebie pasują i w teamie nie wywołują dreszczy. Żeby to były rzeczy ponadczasowe. Ot, biały T-shirt (potomkini może nosić białe koszulki bez większej szkody dla koszulek, ale to od niedawna, wcześniej na bluzkach był cały jadłospis, więc nie ryzykowałam), ale nie koszulka gimnastyczna, nie luźne, wystrzępione coś, tylko biała, porządnie wykończona koszulka, tak z krótkim, jak i z długim rękawem. Konia z rzędem temu, kto widział takie coś w garderobie dziewczynki w wieku szkolnym. A jest to rzecz wysoce przydatna, jak się okazuje, tu jakaś okazja, tam uroczystość (mniejszego kalibru, niż ślub, ale wypada założyć coś powyżej koszulki ze Spidermanem), a dziecko jeszcze do ładnych, porządnych koszul nie dorosło (i producenci też nie). Albo prosta spódniczka, granatowa na przykład. Albo gładka, bezpieczna sukienka (do obłędnie pstrokatego swetra na przykład).
Potomkini czegoś takiego nie posiada, a coraz bardziej odczuwamy tego brak. Jak już pisałam, nie postuluję pozbycia się wszystkiego, co kolorowe, i czerpania pełnymi garściami z garderoby amiszów, ale myślę o dziecięcej linii basic - niewielu rzeczach, ale takich, które są bezpieczne, które ratują nasz i dziecka zadek w razie konieczności ubrania się w coś konkretniejszego, niż to, co pod rękę wpadnie. I niekoniecznie dres i dresówka odmieniane przez wszystkie przypadki, tkaniny również.
No i tak się podzieliłam koncepcją, na razie macham ołówkiem i się zastanawiam, potem przyjdzie czas na konkret, potem zobaczymy, jak ten konkret się sprawdza, a potem - się zobaczy :)